17 lutego 2020

Tom Ford, Soleil Neige.

Skrzący śnieg, słońce, mroźne powietrze, oto inspiracje dzięki, którym powstał zapach Soleil Neige. Kompozycja z linii Private Blend powiększyła tym samym moją ulubioną rodzinę Soleil.

Lekkie, apetycznie i przyjemnie układające się na skórze. Zimowa odsłona kompozycji Soleil to między innymi bergamotka, nasiona marchwi, kwiat róży, jaśmin, kwiat pomarańczy, białe kwiaty, róża turecka, a także labdanum, benzoes, wanilia. Brzmi przekonująco? Uwielbiam je nosić i czuć na swetrze, szaliku, kocu po który sięgam wieczorami. Nie są agresywne ani przesłodzone, najbardziej trafnym określeniem byłaby zapachowa mgiełka na ciele.

„Soleil Neige to jasna strona Soleil, to polarne oblicze słonecznie kwiatowego Soleil Blanc. Nowy zapach przepełniony jest zimowym światłem i przywodzi na myśl migotanie słońca na śniegu.”

Bardzo ciekawy początek - świeże nuty bergamotki do którego chwilę później dołącza kwiatowe serce w postaci róży. Na deser świeże zielone nuty jaśminu wielokwiatowego, uzależniający kwiat pomarańczy i białych kwiatów, kremowa wanilia i odrobina piżma. Biorąc pod uwagę opis składników możesz odnieść mylne wrażenie, że całość będzie nieco ciężka i przytłaczająca. Nic bardziej mylnego! Lekkie jak piórko Soleil Neige są zapachem na lata, na każdą porę roku!

Uwielbiam wszystkie zapachy z mojej kolekcji Soleil. Eau de Soleil Blanc to cytrusowy zapach, przywodzący na myśl promienie słońca i blask nieba odbijającego się w wodzie. To wakacje, dobry nastrój. Jasny, świeży i przepełniony aromatem cytrusów, z przebijającymi się ciepłymi kwiatowo-bursztynowymi nutami. Soleil Blanc z kolei kwiatowy zapach kojarzący się z plażą i wakacjami. Nuta głowy łączy w sobie pikantne akordy kardamonu i różowego pieprzu wzbogacone odrobiną pistacji i bergamotki. Kwieciste, zmysłowe ekstrakty Ylang Ylang, egipskiego jaśminu i tuberozy podkreślają intensywne i zmysłowe serce zapachu. W nucie bazy substancje ziołowe, gorzkie migdały, bób tonka i mleko kokosowe, które cudownie równoważy całą kompozycję.

Kompozycje zapachowe Toma Forda dostępne są na wyłączność w perfumeriach Douglas.
Czytaj dalej...

13 lutego 2020

Miejsca: Sycylia. Katania i Syrakuzy w styczniu.

Plan na Sycylię był taki, że codziennie będziemy jadły śniadania i opychały się lodami w Noto w Cafe Sicilia. Tydzień przed naszym wylotem na stronie internetowej kawiarni pojawiło się ogłoszenie, że miejscówka będzie zamknięta przez kolejne dwa miesiące. Nie będę ukrywała. Mi i mojej przyjaciółce Oldze z którą przyleciałam do Włoch zrobiło się smutno. Spełnienie marzenia o zjedzeniu najlepszych lodów na Sycylii runęło, ale w zamian poznałyśmy i zobaczyłyśmy mnóstwo innych smaków i obrazów!


Od początku, do Katanii poleciałyśmy z Warszawy wizzairem, po wylądowaniu wskoczyłyśmy do autobusu (przystanek obok lotniska, odjazdy co godzina) do Syrakuz i po godzinie byłyśmy na miejscu. Znalazłyśmy bardzo fajne i duże mieszkanie w centrum Starego Miasta, co prawda nie wpadłyśmy na to, że Włosi zazwyczaj nie korzystają z ogrzewania, ale na szczęście miałyśmy do dyspozycji nawiew z klimatyzacji i farelkę. W efekcie spałyśmy w jednym pokoju, w jednym łóżku, pod 2 kołdrami, drugi pokój był niewykorzystany. W ciągu dnia temperatura dochodziła do 15-17 stopni, wieczorami natomiast robiło się chłodno.


Zostawiłyśmy bagaże i poszłyśmy coś zjeść, nasz wybór to pyszne kanapki i solidny Aperol w Irma la Dolce(Via Dei Mergulensi 39). Słońce, pyszne jedzenie i bardzo miła obsługa, a przede wszystkim cisza i widoki. Spacer, rozpakowanie się i morze! Za tym widokiem tęskniłam najbardziej! Syrakuzy spodobały nam się bardzo, aczkolwiek osobom preferującym luksus w kurortach mogłyby przeszkadzać śmieci, brudne koty i nieco zaniedbana przestrzeń. My traktowałyśmy to jako element krajobrazu miasta, wyspy i nie wzbudzało to w nas żadnych negatywnych emocji.

W ramach kolacji (jakoś tak wyszło, że podczas naszych wyjazdów jemy jedną fancy kolację w jakimś polecanym miejscu), wybrałyśmy Sicilia in Tavola na Starym Mieście (link). Przeczytałyśmy dużo recenzji, byłyśmy nastawione bardzo pozytywnie, ale niestety nie był to wybór życia. Pasta ok (pamiętajcie, że ja oceniam opcje wege, nie jem ani mięsa ani ryb!), przystawka ok, obsługa bardzo naburmuszona, ceny znajome z Warszawy. Całość naszej przygody uratowana przez przepyszne Cannolo di Ricotta - nieziemski smak! W drodze powrotnej wstąpiłyśmy po zaopatrzenie winne do sklepu, który miałyśmy w kamienicy obok naszego mieszkania. Pokochałam na nowo Lambrusco!

Kolejny dzień miał zacząć się wyprawą do Noto, ale okazało się, że w tym dniu nie kursują ani pociągi ani autobusy (kto by tam wcześniej to sprawdzał!:)) więc postanowiłyśmy zwiedzać, poznawać i zaglądać w małe, włoskie uliczki w Syrakuzach. Trafiłyśmy na mały targ, gdzie kupiłyśmy pomarańcze, w kawiarni obok przekąskę oraz ponownie Lambrusco. W okolicy katedry zjadłyśmy pyszne lody, przespacerowałyśmy się nad morze, a związku z faktem iż dzień był mega słoneczny - spędziłyśmy tam kilka godzin. Późny obiad to Scuola Alimentare (link). Restauracja i winiarnia, która znajdowała się dosłownie pod naszym mieszkaniem. Rodzinna atmosfera, przyjemna knajpka mająca na wyposażeniu psa i kota :) Moja pasta aglio olio e pepeoncino była bardzo dobra, podobnie jak kawał parmezanu oraz zimne piwo. Olga mówiła, że jej owoce morza też były dobre! Wieczorne zwiedzanie to znowu morze i ruiny zamku, a także błądzenie pośród wyjątkowych, włoskich uliczek.


Trzeci dzień był naszym ostatnim przed wyjazdem do Katanii. Dostałyśmy cynk, aby wpaść na targ (Via Emanuele de Benedictis 6) i odnaleźć starszego pana robiącego kanapki. Caseificio Borderi, zapamiętajcie koniecznie i zapiszcie! Starszy pan robi kanapki na dużej ladzie z najświeższych produktów, jakie możesz sobie wyobrazić! Wyrabiana przez jego i jego syna mozarella, a do tego szynka, warzywa, zioła, mieszanki przypraw oraz sery! Dla mnie zrobił wersję wegetariańską, dla Olgi szynkową - nie wybierałyśmy, co chcemy mieć wewnątrz kanapki, zrobił to za nas. W między czasie i on i jego syn znaleźli czas na rozmowę z nami, przytulanie, udawane całuski, żarty i zdjęcia. Przysięgam, że spotkanie na swojej drodze tak życzliwych ludzi jest naprawdę wyjątkowe i pozostaje w pamięci na lata! Mogłabym spędzić z nimi długie godziny! Myślę, że miałyśmy możliwość poznać kwintesencję włoskiego, ulicznego jedzenia. Od siebie dodam, że żadna restauracja w której byłyśmy podczas tego wyjazdu nie może równać się atmosferą z Caseificio Borderi.



Targ, który odwiedziłyśmy w niedzielę różnił się od tego poniedziałkowego. W tygodniu był przepełniony i było na nim o wiele więcej stoisk z warzywami, owocami, przyprawami. Pan u którego w niedzielę kupiłyśmy oliwki i pistacje, dzień póżniej witał nas z daleka i nazywał amici.

Następny przystanek to Katania, dojechałyśmy do autobusem w godzinę. Nasz hotel nie jest wart wspominania więc odpuszczę sobie podlinkowywanie. Zostawiłyśmy bagaże i poszłyśmy do Giardino Bellini, najstarszego parku Katanii, położonego w samym jej centrum (mieszkałyśmy dokładnie na tej ulicy, Via Etnea. W styczniu park był jeszcze nieco ospały, ale niezależnie od pory roku warto zobaczyć przeogromne, rozłożyste drzewa mające setki lat. Pokonałyśmy jakieś 15 km pieszo, pozaglądałyśmy w również nieco szemrane zakamarki (przyznaję, że trochę się bałam!), zjadłyśmy cannolo i lody, wypiłyśmy kawę na Piazza Duomo, kupiłyśmy souveniry dla rodziny. Nie mogę ocenić Katanii jako miasta bo byłyśmy tutaj zbyt krótko, nie udało nam się zobaczyć Etny ani osławionego targu rybnego. Zjadłyśmy natomiast całkiem dobrą pizzę w Al Vicolo Pizza&vino(link), wszystkie inne pizzerie do których chciałyśmy pójść były w poniedziałek zamknięte. Nie ma innego wyjścia, musimy jeszcze wrócić!

Relację z wyjazdu możesz obejrzeć na moim Instagramie @agatamanosa w wyróżnionych relacjach Sicilia vol.1 ! Część zdjęć, które oglądasz w poście, została zrobiona analogowo przez Olgę (@tuzola).


Do zobaczenia niebawem Sycylio!

Czytaj dalej...

AMNMAG 01/20.

Znienawidzone. Maltretowane. Wyśmiewane. Krzywdzone. Obleśne. Tłuste. Ohydne.
Sama tak nazywałam swoje ciało, nie mogłam na nie patrzeć i nie mogłam patrzeć na siebie. Czasami jestem wściekła, że my kobiety (mężczyźni pewnie też) tracimy tyle czasu na rozmyślanie o swoich kształtach podczas, gdy dookoła jest mnóstwo ciekawszych rzeczy. Przeraża mnie jak bardzo i jak szybko uwierzyłyśmy, że nie jesteśmy idealne (to słowo klucz!) i że wciąż powinnyśmy próbować nowych kremów/zabiegów/ubrań, aby choć odrobinę przybliżyć się do "ideału". Co gorsze, każda z nas wie, że "ideał" nie istnieje, ale nadal tkwimy w tym wszystkim zamęczając siebie i swoje ciało. Luty na blogu to miesiąc miłości do siebie, rozpoczął się projekt Raw Beauty (już po raz 4) do którego Was gorąco zapraszam. Co więcej? Staram się być dla siebie i dla mojego ciała lepsza. Po prostu i nie tylko w lutym! ♥

- Agata Herbut


Czytaj dalej...

10 lutego 2020

Ambasz. Organiczne kosmetyki do pielęgnacji twarzy.

Marka Ambasz to mercedes wśród organicznych kosmetyków dostępnych na rynku o czym przekonałam się stosunkowo niedawno. Jak odnalazłam markę? Pokazała mi ją moja przyjaciółka Magda, a nie ma lepszej rekomendacji niż ta od przyjaciółki właśnie, prawda? Twórczynią marki jest Renata Ambasz. Ukończyła kurs Aromaterapii i Naturalnej Kosmetyki u Shiri Caspi, która jest wykładowczynią w Reidman College w Izraelu. Zainteresowanie Renaty olejkami eterycznymi miało swój początek znacznie wcześniej. W trakcie wykonywania zawodu masażystki, a następnie psychoterapeutki, tworzone przez nią mieszanki olejków eterycznych przynosiły u pacjentów ukojenie zarówno ciału, jak i psychice. W krótkim czasie aromaterapia stała się dla Renaty naturalną metodą prozdrowotną, służącą poprawie stanu skóry i dobroczynnemu oddziaływaniu na umysł. Stworzenie marki to wynik jej wiedzy, doświadczenia i entuzjastycznych opinii wśród klientek.

Z oferty Ambasz miałam okazję wypróbować krem aromaterapeutyczny Source, przeznaczony dla skóry suchej. Specyfik o działaniu przeciwzmarszczkowym i silnie odżywiającym, dzięki zawartości szlachetnego olejku eterycznego z chińskiej i indyjskiej palmarozy krem przywróci naturalne nawilżenie skóry. Wonny i cenny jak złoto olejek mirrowy podziała na nią kojąco i odmładzająco. Zmiękczający olej makadamia wygładzi ją i dodatkowo nasyci cennymi kwasami omega i lecytyną. Olejek z kadzidłowca przyspieszy regenerację tkanek i wymianę komórek, a jego głęboki aromat uspokoi Twoje emocje (kompozycja zapachowa to również olejek palmarozowy oraz mirra, takie połączenie wprowadza w absolutny stan relaksu!). Skład Source jest w 95 % pochodzenia organicznego, a zawartość olejków eterycznych to aż dwa procent w związku z czym nie powinnaś stosować go w okolicach oczu.

Bardzo ważną kwestią są formuły produktów Ambasz , wyróżniają się one niespotykaną zawartością olejków eterycznych dzięki czemu są w stanie skutecznie koić i stymulować każdy rodzaj cery. Czerpanie z wielowiekowej tradycji aromaterapii jest wpisane w DNA marki. Olejki eteryczne zawarte w kremach Ambasz są starannie wyselekcjonowane i pochodzą najczęściej z pierwszej destylacji. Marka polega na składnikach pochodzących z kontrolowanych upraw i od wiarygodnych, certyfikowanych dostawców Wyjątkowa pielęgnacja to efekt wysokiej zawartości bogatych, zimno tłoczonych olejów roślinnych i mniejszej zawartości wody.

Jest jeszcze coś o czym chciałam wspomnieć. Kremy Ambasz są wykonywane ręcznie i w małych seriach produkcyjnych, a olejki dodawane są na zimno, dzięki czemu nie tracą swoich cennych właściwości i nie utleniają się. Według mnie krem Source to absolutny luksus dla mojej skóry - wspaniały, kojący zapach i doskonała konsystencja, która rozpływa się na skórze. Ten krem dozowałam i dozuję z rozwagą bo zwyczajnie chciałabym go mieć jak najdłużej, co jest naprawdę ewenementem biorąc pod uwagę ilość kosmetyków, które poznałam przez wszystkie lata prowadzenia bloga. Sięgając po słoiczek kremu stworzonego przez Renatę wiem, że trzymam w dłoni kosmetyk wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju. Obok receptury, mam na myśli również to, że dość rzadko zdarzają się marki, które nie podążają za modą, trendami i tworzą coś niepospolitego, coś w co wierzą. Za markę Ambasz trzymam mocno kciuki i polecam Wam gorąco ich produkty!

Koniecznie odwiedź stronę Ambasz, znajdziesz na niej mnóstwo informacji o samej marce, ale także o aromaterapii i fantastyczny leksykon składników!

Czytaj dalej...

9 lutego 2020

Pielęgnacja po azjatycku z Kirè Skin.

O Kirè Skin mogłyście przeczytać już na moim blogu. Młoda, polska marka, która tworzy produkty inspirowane Azją oraz w oparciu o proces fermentacji. Kirè Skin powstało, aby spowolnić proces starzenia się skóry, zwalczyć niekorzystne zmiany, ale także pomóc w budowaniu dobrej relacji z samą sobą. Kosmetyki są unisex, co oznacza, że przeznaczone są zarówno dla kobiet jak i mężczyzn. "Kirei Hada" oznacza po japońsku “piękna skóra”. To właśnie od nieskazitelnej, porcelanowej cery Japonek pochodzi nazwa nowej, polskiej marki Kiré Skin. Dlaczego? Twórczynie marki, Ania i My wierzą, że każda z nas zasługuje, by czuć się pięknie w swojej skórze! Zobacz, jakie Kirè nowości pojawiły się w ofercie!

Dwa produkty w przepięknych, minimalistycznych opakowaniach! Po pierwsze, Żel Oczyszczający Fermentowana Woda Ryżowa & Kwiat Lotosu. Został stworzony do pielęgnacji cery wyjątkowo wrażliwej i potrzebującej, również trądzikowej. Przeznaczony do bardzo łagodnego, a zarazem skutecznego, oczyszczania skóry z nadmiaru sebum i wszelkich zanieczyszczeń. Używałam go niemal codziennie do twarzy (nie próbowałam nawet do oczu ponieważ uznaję tylko dwufazowe, olejowe produkty do demakijażu), w składzie znajdziesz między innymi kwas fitowy, silny a zarazem naturalny przeciwutleniacz, który neutralizując wolne rodniki, opóźnia procesy starzenia się skóry, jednocześnie rozjaśniając przebarwienia. Dodatkowo ekstrakt z kwiatu Lotosu doskonale odżywiający i odprężający skórę, tonizuje i łagodzi zmiany trądzikowe.

Drugą nowością jest Krem Sfermentowany Granat & Kwas Salicylowy przeznaczony do skóry wrażliwej oraz trądzikowej. Kluczowe składniki aktywne to ekstrakt ze sfermentowanego granatu, mający za zadanie aktywować regenerację komórek skóry. Posiada naturalne związki chroniące przed słońcem i wolnymi rodnikami, tym samym przeciwdziała starzeniu się skóry. Nawilża, a także spłyca istniejące już zmarszczki oraz zwiększa sprężystość skóry. Co ważne, wykazuje właściwości przeciwzapalne i przeciwobrzękowe! Obok ekstraktu jest także kwas salicylowy znany z wysokiej skuteczności w leczeniu i zapobieganiu zaskórnikom. Wnika wgłąb mieszków włosowych, odblokowuje pory, likwiduje zaskórniki, stany zapalne oraz równoważy wydzielanie sebum. Ma działanie bakteriostatyczne.

Przybliżę Ci proces fermantacji ponieważ jest on bardzo ważny dla Kirè Skin, a dziewczyny uczyniły go swoim znakiem rozpoznawczym. Fermentacja to bioproces, który wykorzystuje bakterie po to, aby uwolnić z substancji aktywnych enzymy. Jest to metoda przyjazna środowisku – minimalizuje zużycie i wytwarzanie szkodliwych związków, ogranicza spożytkowanie energii koniecznej podczas produkcji, a do tego oparta jest o surowce odnawialne. Dodatkowo wytwarzane w procesie bakterie pomagają zachować trwałość kosmetyków, zmniejszając zapotrzebowanie na stosowanie konserwantów. Sfermentowane składniki są sercem azjatyckiej pielęgnacji. Japońskie kobiety od stuleci sięgały po esencje roślinne, pozyskiwane podczas gotowania i zaparzania kwiatów. Najskuteczniejsze opierały się właśnie o fermentację, co pozwalało uzyskać kwas mlekowy. Jest świetny przy odnowie komórek, poprawia jędrność i gładkość skóry.
> Z tego względu też w formułach znajdziesz fermentowaną wodę ryżową, znaną w Azji od wieków, a także niekwestionowaną gwiazdę wśród fermentów czyli żeń szeń czerwony (koreański). Panax Ginseng Root Extract,a więc ekstrakt z korzenia żeń szenia, znany jest ze swych właściwości cytotoksycznych, czyli bezlitosnego zwalczania komórek nowotworowych. Ma też działanie silnie antyoksydacyjne, opóźnia starzenie skóry, wzmacnia, rewitalizuje, regeneruje, poprawia ukrwienie i odporność, zapobiega powstawaniu zaskórników, poprawia koloryt i wygładza.

Wszystkie produkty Kirè Skin są cruelty free oraz zawierają sprawdzone składniki, które dobrze współgrają ze skórą. Moim osobistym numerem jeden jest żel do mycia twarzy. Doskonale zmywał makijaż, nie podrażniał, był łagodny dla mojej ostatnio dość kapryśnej skóry. Po aplikacji cera była oczyszczona, gładka i bardzo przyjemna w dotyku. Plusem jest także wydajność, wystarczy naprawdę odrobina, aby pozbyć się makijażu i przygotować do dalszych kroków pielęgnacyjnych.

Muszę wspomnieć o opakowaniach - minimalistyczne tubki to jedne z moich ulubionych opcji opakowań, są przepiękne i wygodne! Jeśli kiedykolwiek będziecie na eko targach, szukajcie stoiska Kirè Skin bo wiem, że dziewczyny się tam pojawiają, to dobra okazja na sprawdzenie tych produktów na sobie. Zostawiam link do mojego poprzedniego posta o kosmetykach: Kiré Skin - polska pielęgnacja inspirowana Azją.

Znasz markę Kirè Skin? Jeśli jeszcze nie, zobacz więcej na stronie internetowej Kirè Skin !

Czytaj dalej...