26 lutego 2020

Siostry w niedoli.

Jedna wymiotuje prawie po każdym posiłku. Nauczyła robić to tak cicho, że nikt z domowników nie jest w stanie ani usłyszeć ani zorientować się, że coś jest nie tak. Bywa, że uda się jej zwymiotować jeszcze ciepłe jedzenie, co oznacza, że potrafi działać skutecznie. Druga nie może patrzeć na swoje ciało, nienawidzi go z całych sił i najchętniej zakopałaby je żywcem. Kolejna uśmiecha się bardzo szeroko, opowiada o siostrzeństwie i rzuca girls power w co trzecim zdaniu. W rzeczywistości mozolnie wychodzi z anoreksji, bulimii i problemów z mężem. Meet my friends!

Takich historii znam setki i poznam jeszcze tysiące. Siostry w niedoli. A ja, Agata jestem jedną z nich. Patrzysz na moje zdjęcia i myślisz, że ta to ma dobrze. Jest całkiem ładna (oczywiście gdyby nie ta grzywka byłoby o niebo lepiej), ma super życie, fajne dzieci i pracę. Czasami rano wstaję i tak samo jak Ty patrząc w lustro myślę ja pierdolę. Ale zdarza się także, że patrząc na siebie unoszę się kilka centymetrów nad ziemią!

Gruba, brzydka, za dużo sadła, głupia, paskudna skóra, ohydne dłonie, krzywe zęby. Znam to aż za dobrze. Każda z nas to zna. Na palcach jednej ręki mogę wymienić kobiety, które myślą o sobie dobrze i szanują swoje ciało. Przez wiele lat potrafiłam sprawiać niewyobrażalny ból swojemu ciału. Głodziłam je na tysiące sposobów, pozbawiałam wszystkiego, czego potrzebowało, nienawidziłam. Robiłam tak dużą krzywdę, że naprawdę nie wiem jak to możliwe, że do tej pory nie pokazało mi środkowego palca. Było jak worek treningowy chociaż to chyba zdecydowanie zbyt łagodne określenie. Od ponad dwudziestu lat noszę w sobie eating disorder (zaburzenia odżywiania) i przypuszczam, że będziemy w związku przez całe życie bo o ile mój problem dawno temu się skończył, zawsze może powrócić. Jeść za mało, nie jeść nic, jeść za dużo, kompulsywnie, wciąż myśleć o jedzeniu i o swoim wyglądzie. Według badań cierpi na takie zaburzenia 1,5- 2% kobiet. To ciekawe bo ja mogę wskazać dziesiątki kobiet tylko z mojego otoczenia, które w ciszy i samotności przeżywają lub przeżywały to co ja.

Jak to się ma do mojego aktualnego wizerunku? Do mówienia o akceptacji, miłości do samej siebie? Najgorszy czas braku akceptacji dla samej siebie mam dawno za sobą, ale mam przyjaciółki/znajome/koleżanki, a także córki. Moja osobista misja, która jest równocześnie terapią dla mnie i dla mojego ciała polega na głośnym krzyku i codziennej walce o to, aby każda z nas była łaskawsza dla siebie. Wierzę w to, że małymi krokami uda się przywrócić spokój, przestać się zadręczać, nauczyć szanować ciało.

Pamiętam naszą sąsiadkę z rodzinnego miasta. Piękna, zgrabna, inteligentna, kochający mąż i córka. Z zazdrością patrzyłam na nią, na jej ubrania i życie. Miałam może 14 lat, a ona prawdopodobnie była w moim wieku, gdy powiesiła się w swoim domu. Później dowiedziałam się, że miała anoreksję i depresję. Moim marzeniem jest, abyśmy były dla siebie lepsze, dobre, łaskawsze. Żebyśmy nauczyły się wierzyć w siebie, a na komplementy odnośnie wyglądu odpowiadać dziękuję, wyrzucając ze słownika w takich sytuacjach "no coś Ty, dzisiaj wyglądam strasznie." Doskonale wiem, ile wymaga to siły, ale powoli każda z nas jest w stanie coś zmienić. Nie zagłębiam się w czyjś wygląd bo nie mam do tego prawa. Nie mam pojęcia, gdzie jest granica chudości/grubości/piękności/atrakcyjności - wiem, gdzie jest moja. Często myślę o tym, co sprawiło, że staram się być dla siebie lepsza/dobra? Chyba przyjęcie do świadomości, że mój czas jest ograniczony, że wszystko mija i na koniec staje się nieważne. A już na pewno moja waga czy zadarty nos.

Rozejrzyjcie się dookoła, może któraś z sióstr potrzebuje wsparcia.

Czytaj dalej...

17 lutego 2020

Tom Ford, Soleil Neige.

Skrzący śnieg, słońce, mroźne powietrze, oto inspiracje dzięki, którym powstał zapach Soleil Neige. Kompozycja z linii Private Blend powiększyła tym samym moją ulubioną rodzinę Soleil.

Lekkie, apetycznie i przyjemnie układające się na skórze. Zimowa odsłona kompozycji Soleil to między innymi bergamotka, nasiona marchwi, kwiat róży, jaśmin, kwiat pomarańczy, białe kwiaty, róża turecka, a także labdanum, benzoes, wanilia. Brzmi przekonująco? Uwielbiam je nosić i czuć na swetrze, szaliku, kocu po który sięgam wieczorami. Nie są agresywne ani przesłodzone, najbardziej trafnym określeniem byłaby zapachowa mgiełka na ciele.

„Soleil Neige to jasna strona Soleil, to polarne oblicze słonecznie kwiatowego Soleil Blanc. Nowy zapach przepełniony jest zimowym światłem i przywodzi na myśl migotanie słońca na śniegu.”

Bardzo ciekawy początek - świeże nuty bergamotki do którego chwilę później dołącza kwiatowe serce w postaci róży. Na deser świeże zielone nuty jaśminu wielokwiatowego, uzależniający kwiat pomarańczy i białych kwiatów, kremowa wanilia i odrobina piżma. Biorąc pod uwagę opis składników możesz odnieść mylne wrażenie, że całość będzie nieco ciężka i przytłaczająca. Nic bardziej mylnego! Lekkie jak piórko Soleil Neige są zapachem na lata, na każdą porę roku!

Uwielbiam wszystkie zapachy z mojej kolekcji Soleil. Eau de Soleil Blanc to cytrusowy zapach, przywodzący na myśl promienie słońca i blask nieba odbijającego się w wodzie. To wakacje, dobry nastrój. Jasny, świeży i przepełniony aromatem cytrusów, z przebijającymi się ciepłymi kwiatowo-bursztynowymi nutami. Soleil Blanc z kolei kwiatowy zapach kojarzący się z plażą i wakacjami. Nuta głowy łączy w sobie pikantne akordy kardamonu i różowego pieprzu wzbogacone odrobiną pistacji i bergamotki. Kwieciste, zmysłowe ekstrakty Ylang Ylang, egipskiego jaśminu i tuberozy podkreślają intensywne i zmysłowe serce zapachu. W nucie bazy substancje ziołowe, gorzkie migdały, bób tonka i mleko kokosowe, które cudownie równoważy całą kompozycję.

Kompozycje zapachowe Toma Forda dostępne są na wyłączność w perfumeriach Douglas.
Czytaj dalej...

13 lutego 2020

Miejsca: Sycylia. Katania i Syrakuzy w styczniu.

Plan na Sycylię był taki, że codziennie będziemy jadły śniadania i opychały się lodami w Noto w Cafe Sicilia. Tydzień przed naszym wylotem na stronie internetowej kawiarni pojawiło się ogłoszenie, że miejscówka będzie zamknięta przez kolejne dwa miesiące. Nie będę ukrywała. Mi i mojej przyjaciółce Oldze z którą przyleciałam do Włoch zrobiło się smutno. Spełnienie marzenia o zjedzeniu najlepszych lodów na Sycylii runęło, ale w zamian poznałyśmy i zobaczyłyśmy mnóstwo innych smaków i obrazów!


Od początku, do Katanii poleciałyśmy z Warszawy wizzairem, po wylądowaniu wskoczyłyśmy do autobusu (przystanek obok lotniska, odjazdy co godzina) do Syrakuz i po godzinie byłyśmy na miejscu. Znalazłyśmy bardzo fajne i duże mieszkanie w centrum Starego Miasta, co prawda nie wpadłyśmy na to, że Włosi zazwyczaj nie korzystają z ogrzewania, ale na szczęście miałyśmy do dyspozycji nawiew z klimatyzacji i farelkę. W efekcie spałyśmy w jednym pokoju, w jednym łóżku, pod 2 kołdrami, drugi pokój był niewykorzystany. W ciągu dnia temperatura dochodziła do 15-17 stopni, wieczorami natomiast robiło się chłodno.


Zostawiłyśmy bagaże i poszłyśmy coś zjeść, nasz wybór to pyszne kanapki i solidny Aperol w Irma la Dolce(Via Dei Mergulensi 39). Słońce, pyszne jedzenie i bardzo miła obsługa, a przede wszystkim cisza i widoki. Spacer, rozpakowanie się i morze! Za tym widokiem tęskniłam najbardziej! Syrakuzy spodobały nam się bardzo, aczkolwiek osobom preferującym luksus w kurortach mogłyby przeszkadzać śmieci, brudne koty i nieco zaniedbana przestrzeń. My traktowałyśmy to jako element krajobrazu miasta, wyspy i nie wzbudzało to w nas żadnych negatywnych emocji.

W ramach kolacji (jakoś tak wyszło, że podczas naszych wyjazdów jemy jedną fancy kolację w jakimś polecanym miejscu), wybrałyśmy Sicilia in Tavola na Starym Mieście (link). Przeczytałyśmy dużo recenzji, byłyśmy nastawione bardzo pozytywnie, ale niestety nie był to wybór życia. Pasta ok (pamiętajcie, że ja oceniam opcje wege, nie jem ani mięsa ani ryb!), przystawka ok, obsługa bardzo naburmuszona, ceny znajome z Warszawy. Całość naszej przygody uratowana przez przepyszne Cannolo di Ricotta - nieziemski smak! W drodze powrotnej wstąpiłyśmy po zaopatrzenie winne do sklepu, który miałyśmy w kamienicy obok naszego mieszkania. Pokochałam na nowo Lambrusco!

Kolejny dzień miał zacząć się wyprawą do Noto, ale okazało się, że w tym dniu nie kursują ani pociągi ani autobusy (kto by tam wcześniej to sprawdzał!:)) więc postanowiłyśmy zwiedzać, poznawać i zaglądać w małe, włoskie uliczki w Syrakuzach. Trafiłyśmy na mały targ, gdzie kupiłyśmy pomarańcze, w kawiarni obok przekąskę oraz ponownie Lambrusco. W okolicy katedry zjadłyśmy pyszne lody, przespacerowałyśmy się nad morze, a związku z faktem iż dzień był mega słoneczny - spędziłyśmy tam kilka godzin. Późny obiad to Scuola Alimentare (link). Restauracja i winiarnia, która znajdowała się dosłownie pod naszym mieszkaniem. Rodzinna atmosfera, przyjemna knajpka mająca na wyposażeniu psa i kota :) Moja pasta aglio olio e pepeoncino była bardzo dobra, podobnie jak kawał parmezanu oraz zimne piwo. Olga mówiła, że jej owoce morza też były dobre! Wieczorne zwiedzanie to znowu morze i ruiny zamku, a także błądzenie pośród wyjątkowych, włoskich uliczek.


Trzeci dzień był naszym ostatnim przed wyjazdem do Katanii. Dostałyśmy cynk, aby wpaść na targ (Via Emanuele de Benedictis 6) i odnaleźć starszego pana robiącego kanapki. Caseificio Borderi, zapamiętajcie koniecznie i zapiszcie! Starszy pan robi kanapki na dużej ladzie z najświeższych produktów, jakie możesz sobie wyobrazić! Wyrabiana przez jego i jego syna mozarella, a do tego szynka, warzywa, zioła, mieszanki przypraw oraz sery! Dla mnie zrobił wersję wegetariańską, dla Olgi szynkową - nie wybierałyśmy, co chcemy mieć wewnątrz kanapki, zrobił to za nas. W między czasie i on i jego syn znaleźli czas na rozmowę z nami, przytulanie, udawane całuski, żarty i zdjęcia. Przysięgam, że spotkanie na swojej drodze tak życzliwych ludzi jest naprawdę wyjątkowe i pozostaje w pamięci na lata! Mogłabym spędzić z nimi długie godziny! Myślę, że miałyśmy możliwość poznać kwintesencję włoskiego, ulicznego jedzenia. Od siebie dodam, że żadna restauracja w której byłyśmy podczas tego wyjazdu nie może równać się atmosferą z Caseificio Borderi.



Targ, który odwiedziłyśmy w niedzielę różnił się od tego poniedziałkowego. W tygodniu był przepełniony i było na nim o wiele więcej stoisk z warzywami, owocami, przyprawami. Pan u którego w niedzielę kupiłyśmy oliwki i pistacje, dzień póżniej witał nas z daleka i nazywał amici.

Następny przystanek to Katania, dojechałyśmy do autobusem w godzinę. Nasz hotel nie jest wart wspominania więc odpuszczę sobie podlinkowywanie. Zostawiłyśmy bagaże i poszłyśmy do Giardino Bellini, najstarszego parku Katanii, położonego w samym jej centrum (mieszkałyśmy dokładnie na tej ulicy, Via Etnea. W styczniu park był jeszcze nieco ospały, ale niezależnie od pory roku warto zobaczyć przeogromne, rozłożyste drzewa mające setki lat. Pokonałyśmy jakieś 15 km pieszo, pozaglądałyśmy w również nieco szemrane zakamarki (przyznaję, że trochę się bałam!), zjadłyśmy cannolo i lody, wypiłyśmy kawę na Piazza Duomo, kupiłyśmy souveniry dla rodziny. Nie mogę ocenić Katanii jako miasta bo byłyśmy tutaj zbyt krótko, nie udało nam się zobaczyć Etny ani osławionego targu rybnego. Zjadłyśmy natomiast całkiem dobrą pizzę w Al Vicolo Pizza&vino(link), wszystkie inne pizzerie do których chciałyśmy pójść były w poniedziałek zamknięte. Nie ma innego wyjścia, musimy jeszcze wrócić!

Relację z wyjazdu możesz obejrzeć na moim Instagramie @agatamanosa w wyróżnionych relacjach Sicilia vol.1 ! Część zdjęć, które oglądasz w poście, została zrobiona analogowo przez Olgę (@tuzola).


Do zobaczenia niebawem Sycylio!

Czytaj dalej...

AMNMAG 01/20.

Znienawidzone. Maltretowane. Wyśmiewane. Krzywdzone. Obleśne. Tłuste. Ohydne.
Sama tak nazywałam swoje ciało, nie mogłam na nie patrzeć i nie mogłam patrzeć na siebie. Czasami jestem wściekła, że my kobiety (mężczyźni pewnie też) tracimy tyle czasu na rozmyślanie o swoich kształtach podczas, gdy dookoła jest mnóstwo ciekawszych rzeczy. Przeraża mnie jak bardzo i jak szybko uwierzyłyśmy, że nie jesteśmy idealne (to słowo klucz!) i że wciąż powinnyśmy próbować nowych kremów/zabiegów/ubrań, aby choć odrobinę przybliżyć się do "ideału". Co gorsze, każda z nas wie, że "ideał" nie istnieje, ale nadal tkwimy w tym wszystkim zamęczając siebie i swoje ciało. Luty na blogu to miesiąc miłości do siebie, rozpoczął się projekt Raw Beauty (już po raz 4) do którego Was gorąco zapraszam. Co więcej? Staram się być dla siebie i dla mojego ciała lepsza. Po prostu i nie tylko w lutym! ♥

- Agata Herbut


Czytaj dalej...

10 lutego 2020

Ambasz. Organiczne kosmetyki do pielęgnacji twarzy.

Marka Ambasz to mercedes wśród organicznych kosmetyków dostępnych na rynku o czym przekonałam się stosunkowo niedawno. Jak odnalazłam markę? Pokazała mi ją moja przyjaciółka Magda, a nie ma lepszej rekomendacji niż ta od przyjaciółki właśnie, prawda? Twórczynią marki jest Renata Ambasz. Ukończyła kurs Aromaterapii i Naturalnej Kosmetyki u Shiri Caspi, która jest wykładowczynią w Reidman College w Izraelu. Zainteresowanie Renaty olejkami eterycznymi miało swój początek znacznie wcześniej. W trakcie wykonywania zawodu masażystki, a następnie psychoterapeutki, tworzone przez nią mieszanki olejków eterycznych przynosiły u pacjentów ukojenie zarówno ciału, jak i psychice. W krótkim czasie aromaterapia stała się dla Renaty naturalną metodą prozdrowotną, służącą poprawie stanu skóry i dobroczynnemu oddziaływaniu na umysł. Stworzenie marki to wynik jej wiedzy, doświadczenia i entuzjastycznych opinii wśród klientek.

Z oferty Ambasz miałam okazję wypróbować krem aromaterapeutyczny Source, przeznaczony dla skóry suchej. Specyfik o działaniu przeciwzmarszczkowym i silnie odżywiającym, dzięki zawartości szlachetnego olejku eterycznego z chińskiej i indyjskiej palmarozy krem przywróci naturalne nawilżenie skóry. Wonny i cenny jak złoto olejek mirrowy podziała na nią kojąco i odmładzająco. Zmiękczający olej makadamia wygładzi ją i dodatkowo nasyci cennymi kwasami omega i lecytyną. Olejek z kadzidłowca przyspieszy regenerację tkanek i wymianę komórek, a jego głęboki aromat uspokoi Twoje emocje (kompozycja zapachowa to również olejek palmarozowy oraz mirra, takie połączenie wprowadza w absolutny stan relaksu!). Skład Source jest w 95 % pochodzenia organicznego, a zawartość olejków eterycznych to aż dwa procent w związku z czym nie powinnaś stosować go w okolicach oczu.

Bardzo ważną kwestią są formuły produktów Ambasz , wyróżniają się one niespotykaną zawartością olejków eterycznych dzięki czemu są w stanie skutecznie koić i stymulować każdy rodzaj cery. Czerpanie z wielowiekowej tradycji aromaterapii jest wpisane w DNA marki. Olejki eteryczne zawarte w kremach Ambasz są starannie wyselekcjonowane i pochodzą najczęściej z pierwszej destylacji. Marka polega na składnikach pochodzących z kontrolowanych upraw i od wiarygodnych, certyfikowanych dostawców Wyjątkowa pielęgnacja to efekt wysokiej zawartości bogatych, zimno tłoczonych olejów roślinnych i mniejszej zawartości wody.

Jest jeszcze coś o czym chciałam wspomnieć. Kremy Ambasz są wykonywane ręcznie i w małych seriach produkcyjnych, a olejki dodawane są na zimno, dzięki czemu nie tracą swoich cennych właściwości i nie utleniają się. Według mnie krem Source to absolutny luksus dla mojej skóry - wspaniały, kojący zapach i doskonała konsystencja, która rozpływa się na skórze. Ten krem dozowałam i dozuję z rozwagą bo zwyczajnie chciałabym go mieć jak najdłużej, co jest naprawdę ewenementem biorąc pod uwagę ilość kosmetyków, które poznałam przez wszystkie lata prowadzenia bloga. Sięgając po słoiczek kremu stworzonego przez Renatę wiem, że trzymam w dłoni kosmetyk wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju. Obok receptury, mam na myśli również to, że dość rzadko zdarzają się marki, które nie podążają za modą, trendami i tworzą coś niepospolitego, coś w co wierzą. Za markę Ambasz trzymam mocno kciuki i polecam Wam gorąco ich produkty!

Koniecznie odwiedź stronę Ambasz, znajdziesz na niej mnóstwo informacji o samej marce, ale także o aromaterapii i fantastyczny leksykon składników!

Czytaj dalej...